Posłuszna usłyszanym słowom, w stylu „napisz coś w końcu”.
Coś mam zamiar naskrobać.
Ale ten leń…
Całkiem niedawno wróciłam z wakacji i mam większego lenia niż dotychczas. Ledwo wróciłam, a już marzę o następnym urlopie. Powiem to, co mówię zawsze: ‘gdybym mogła wziąć ten widok ze sobą’.
Po głębokim namyśle stwierdzam, że owa notka, którą właśnie czytasz, będzie taka jak ja. Jeden wielki chaos i góra tysiąca myśli.
Bo kiedy tak piszę o urlopie, to muszę się pochwalić. Uwielbiam podróżować, odkrywam wtedy ‘wielkie’ prawdy życiowe. Czy wiecie, że PKP zbliża ludzi? Aaaaa, nie wiecie?! To taka szczera prawda. Dzięki PKP prawie zdobyłam Tczew, o Malborku nie wspominając. A do tego miałam dziką satysfakcję sprawdzić, jak czuje się sardynka w puszcze. Szalenie satysfakcjonujące uczucie. Jeśli tylko macie możliwości polecam Wam się przekonać.
Jeśli mowa o Malborku. To moja nauczka. Muszę pamiętać, że z życzeniami należy być ostrożnym. Bo jeszcze mogą się spełnić. I będzie bolało.
Kiedyś, ktoś obiecał mi, że zwiedzimy Malbork. No i zwiedzaliśmy. W tłumie, hałasie i deszczu. Kto mógł wiedzieć, że akurat wtedy Malbork będzie oblegany? Tłumy ludzi, przeróżne atrakcje [o, taki młody samuraj dzielnie machający kataną i nazywający się Ide Dodomu, wdzięczny ukłon w stronę L5K], a także 3 bite godziny zwiedzania zamku. Moje nogi! Na samo wspomnienie tego dreptania zaczynają mnie boleć. Piękne miejsce, nie powiem. Niesamowite, pełne uroku, ale nie byłabym kobietą, gdybym nie powiedziała ‘ale’.
A więc: ALE ten tłum! Nie mogłam się pobłąkać wokół murów, bo potykałam się o błaznów, krzyżaków, łuczników, anioły, diabły, rycerzy i dzieci. Dużo, głośno krzyczących dzieci…
Mało mi. Zwiedzania zamku, takiego powolnego, z możliwością zatrzymania się na chwilę bez poczucia, że ktoś mi dyszy w kark.
Pochwaliłabym się zdjęciami, ale wyjątkowo nie miałam aparatu. Zaraz, zaraz. Co ja plotę! Ja nie noszę ze sobą tego narzędzia zbrodni. Powinnam powiedzieć, że pierwszy raz żałowałam, że nie mam możliwości zrobić kilku zdjęć.
Urlop się skończył. Ale dzielni przedłużam sobie poczucie, że trwa grając na pewnej stronie. Ktoś wie czym jest RPG? Wszyscy wiedzą? O, to dobrze się składa, nie będę musiała tłumaczyć. A już niedługo pochwalę się historią mojej postaci. W końcu muszę wykorzystać ten nowy dział, który stworzyła Ellaine. [A i może pochwalę się moimi ‘dziełami’ z zakresu poezji]
A tak w ogóle mam tyle energii, że aż w mojej głowie pojawiła się myśl o lekkich zmianach graficznych. Cóż, coś tak mroczno u nas. A mój bardzo mroczny humor już minął [chyba]. Dół dzielnie zakopany [być może], jest lato [deszczu, deszczu. Przybądź deszczu!]. Tylko myśl o angielskim lekko mnie hamuje…
Koniec. Nic więcej nie powiem! [Najpewniej]
P.S.
Właśnie sobie uświadomiłam, że nie upolowałam nad morzem żadnej muszelki na pamiątkę. Aaaa, jak mogłam?!
P.S.2
Jeśli coś chlapnęłam, to wdzięcznie się tego wyprę ;)
P.S.3
Może bym i napisała, ale tego byłoby już za wiele!
23:40, 23 marca 2008 roku wg Ery Dionizyjskiej.
Gdzieś w innym mieście, innym państwie - jest inny czas, inny dzień, a nawet inny rok. Niby dlaczego? Tak po prostu. A świat nie jest idealną kulą. A jednak się kręci! Widać ma taką potrzebę.
Chciałabym, żeby to była miła i przyjemna notka, czy wpis, jakby to nazwać. Ostatecznie mamy święta, a przynajmniej ci, którzy uważają, że należy je święcić. Inni mają chwilę wolnego, lub nie. A świat kręci się nadal. Choćby i nie było ani jednego dnia wolnego, ani chwili przerwy, świat kręciłby się nadal. Zresztą, on nie ma przerw, ani świąt.
Kiedyś ludzie pościli przez 2/3 roku, dziś niemal 1/3 mają wolną od pracy i poszczą o wiele rzadziej. Nawet Thietmar w kronice wspominał iż Dobrawa złamała parokrotnie post, aby przekonać swego małżonka, Mieszka, księcia Polan, do przyjęcia chrztu. Jakże to musiało ją boleć, że zamiast ryby jednego dnia zjadła niedźwiedzia. Swoją drogą podobno Polacy po przyjęciu chrztu - oczywiście - stali się mistrzami w przygotowywaniu potraw rybnych na tysiące sposobów. Ba! byli w tym nawet lepsi od mieszkańców niejednej wyspy… Ale nic dziwnego, skoro przez większość roku nie mogli jeść nic innego? Mogli, ale pewnie bali się ogni piekielnych.
I tak mi z miłej notki wyszły historyczno-kulinarne dywagacje o chrzcie i rybach. Ciekawe, co też człowiekowi przez klawisze na monitor przepływa, kiedy przestaje się specjalnie zastanawiać nad tym, co pisze. Doprawdy interesujące.
Tak prawdę powiedziawszy, to Dionizy Mały, który wymyślił, że Chrystus urodził się w ileś set lat po zbudowaniu Rzymu, machnął się o kilka lat… O czym pewno wszyscy wiedzą, więc dzisiaj być może powinien być rok 2016. Ale za dużo byłoby zamieszania w chronologii, zwłaszcza, że to i tak nie ma wielkiego znaczenia. Parę lat w tę, czy wewte, co za różnica? Przecież Dionizy ustanowił rok 1.wszy w VI wieku stworzonej przez siebie Ery! To dopiero sztuka…
A świat kręci się nadal. I niech tak pozostanie.
Miła być miła notka. O wszystkim i o niczym. Z pięknym doborem słów, taka ciekawa i w ogóle. Ale zacznijmy od tego: mam lenia, a o zgrozo nikt nie chciał go ode mnie wziąć. Chociaż proponowałam, że oddam tego pięknego, wypielęgnowanego lenia w dobre ręce, nawet mój dobry przyjaciel się wykręcił. Kurcze, nie ma chętnych. Może ktoś z was jest zainteresowany? To piękne stworzenie, zadbane, urocze, hm… nawet nie jest bardzo wymagające. To jak?
Napisałam już, co mam, ale do tego czegoś nie mam. Nie wiem jak się w to wszystko wplątałam, ale czas mi ucieka z garści. Pędzi jak szalony. Jeszcze całkiem niedawno było szaro i niemiło. (Ha, niech mi tylko ktoś napisze, że była piękna zima w tym roku!) A teraz zaczyna się świat zielenić, a na moim trawniku pysznią się kolorowe krokusy (z rozmach prawie napisałam Crokusy, a przecież Crokus jest jeden i bardzo daleko od mojego trawnika). O, znowu mała dygresja. Wracając do ogrodowych spraw, zacieram rączki na myśl, że już niebawem zakwitną fiołki. Kocham te kwiaty, mam nadzieję, że zakwitną te nowe przytargane z miasta oddalonego kilka ładnych kilometrów ode mnie. Pisałam już o nich, prawda? Posadziłam śliczne kępki przy starej jabłonce. Będą pięknie wyglądać, jeśli tylko uda mi się je zobaczyć.
Dlaczego? Bo znowu: czas gna jak szalony, a od kwietnia będę rzadkim gościem w domu, co mnie nawet cieszy. Lubię jak coś się dzieje, o to mi niespodzianka. Lubię, gdy życie gna, lubię spotykać się z przyjaciółmi, nawet nie wiecie jak wiele czerpię ciepła na samą myśl o waszej obecności. Poznaję coraz więcej nowych, ciekawych osób. Udaje mi się sprostać coraz dziwniejszym wyzwaniom. No, bo kto z osób, które mnie znają albo tych, którzy czytają czasem moje wypociny i domyślają się jak wyglądają moje stosunki z komputerem, wpadliby na pomysł, że będzie on jednym ze źródeł zdobywania gotówki? Fakt, aparat fotograficzny to jeszcze dziwniejszy pomysł. Tylko, że to początek – jak na razie nie zgodziłam się pełnić funkcji fotografa na ślubach. Ciągle śmieszy mnie ten pomysł. Nie jestem artystką, nie mam super wypasionych aparatów. Wygląda na to, że żeby wyglądać ‘profesjonalnie’ wystarczy robić mądre miny i mieć statyw… W każdym razie: po chwilach zastoju i totalnego dna (do którego się radośnie dokopałam) zrobiłam sobie z mojego emocjonalnego dołka śliczny basen, postawiłam ławeczkę, grilla i cieszę się chwilą.
Lubię całe to zamieszanie pod warunkiem, że mogę w pewnej chwili się zatrzymać, wziąć głęboki oddech i popatrzeć jak… kwitną fiołki, na przykład.
Wygląda na to, że mimo pewnej ilości kłopotów wpadłam w dobry nastrój, i nieprzerwanie śmieję się z pewnej obietnicy, Molu nie myśl, że zapomniałam (obiecałam sobie nie wrzucać komputerowych minek, ale jak mnie kusi by rzucić tutaj teraz pewien znaczek!). To chyba zbliżające…, jednak nie wizja zbliżających się świąt (przecież i tak je przepracuję) wprawia mnie w tak szampański nastrój. A zbliżający się kwiecień. Lubię ten miesiąc. Nie dość, że czas sam gna, to ja wybiegam myślą taki kawał do przodu. To pewnie dlatego, że być może uda mi się namówić kilka osób na złożenie pewnej wizyty. Ktoś jest zainteresowany wizytą w pewnym pięknym i spokojnym miejscu? Tak prawie bez okazji?
P.S. Dlaczego Jajko Niespodzianka? A dlaczego nie?
Dobrze, powód jest. Może go kiedyś wyjaśnię. Kiedyś.
Najwyższy czas powiedzieć coś od siebie. I ja również powspominam…
____
23.X.04.-23.VI.06.
Pusty pokój, najlepszy czas by pisać, coś cicho gra w głośnikach, czyżby Śmierć naprawdę potrafiła tańczyć? Odgłosy prawdziwego życia wpadają niechciane do ucha przez otwarte okno. Biała płaszczyzna edytora wwierca się w źrenice, nie trzeba patrzeć na monitor, na klawiaturę też nie. Napisze się samo.
Zaczęło się niewinnie, starszy pan z kotem na kolanach, drzemie w bujanym krześle. Skromna chata, ale czysta, pokrzywione stare sprzęty. Stół duży, dębowy, rozklekotany, a na nim… podobne do jaszczurki, dziwaczne stworzenie. Ni to pies, ni wydra. Właściwie, ani pies, ani wydra, ale smok, tylko mały, bo pseudo-smok. Historia sama zaczęła płynąć. Miała być krótka, zabawna i bez sensu. Historia jednak nie chciała na to pozwolić, nie miała zamiaru się szybko skończyć, ani nie mieć sensu. Historia widziała dla siebie światłą przyszłość, a ja jej wróżę ciemność szuflady i dysku.
Zaraz po Rudym, gadającym kocie i Huncwocie pseudo-smoku pojawia się maleńka leśna nimfa, tuż po chwili Lir, bard trzeciej kategorii, Merita córka sołtysa o reputacji poniżej zera, kupiec wielki - Dzik, jedwabiem handlujący, białowłosa Lotos – kopiująca obrazy za pieniądze, Epsilon, uzdrowiciel o zamiłowaniu do czaju, Mirfak kobieta-kot o zielonych oczach, niski bibliotekarz, i bogowie. Bogowie muszą być, to rzecz oczywista! Jednak śpią, mimo wszystko. Magia jest też, ale zakazana cesarskim edyktem, inkwizycja ma się dobrze.
Historia płynie dalej, aż na pustynię Nes, która snem wydawać się powinna, gdzie miasto Fantasmagoria leży. Historia chce skończyć w piaskach pustyni, o której wiele się słyszało, a skąd nigdy się nie wraca. Jeden wrócił, ale myślano, że oszalał, bo takie dziwy o świecie opowiadał. Historia pisze się sama, jest słodko gorzka, gdzie żart jest czarny, jak smutek, jak łuski smoka. Złośliwości tegoż są cięte, jak kwiaty w wazonie.
I ja, w tym wszystkim, w korowodzie zdarzeń niewytłumaczalnych. Po stronach internetowych spacerująca wolnym krokiem w poszukiwaniu nazw miesięcy. W Exelu tabelę zrobiłam, by nie pogubić się w czasie moim i tym z historii, gdzie 10 Kartika to pierwszy listopada, a 1 Caitra to ich Nowy Rok, a nasz początek wiosny. Kalendarium w innym pliku, bo historia musi mieć chronologię, kiedy powstało cesarstwo, od kiedy panuje cesarzowa, kiedy żył ten, który z pustyni wrócił? Obrazy kotłują się w umyśle, na kartkę przelewam wizje nie zawsze słowem. Kto by zliczył te obrazki, oczy, ręce, fryzury, budynki?
Historia biegnie dalej, wciąga mnie w nieznany świat. I już, stoję na rynku w Darze z bohaterami przyglądając się twierdzy w środku miasta. Zastanawiam się, po co ktoś ją wybudował, po co ją tu umieścił? Wysoka, przykro szara z zielonymi chorągwiami na szczytach wieży, czarny kir plącze się z flagą na wietrze. Ktoś umarł. Wczesnojesienne słońce grzeje, jak w lecie, białe chmury leniwie toczą się po niebie. Niewielu ludzi na ulicach miasta; żałoba. Umarł ktoś ważny.
Lekcja matematyki, nie interesuje mnie stereometria. Wyjmuję kawałek kartki, i historia znów zabiera mnie do świata, gdzie wampiryzm nie jest chorobą, ani niczym nadzwyczajnym, bo jak mówi Huncwot: Pchły i komary piją krew, a nikt nie uważa ich za chore.
Historia nie zatrzymuje się na długo, strumień skacze po kamieniach, czasem tylko zwalniając. Pan Lasu przyjmuje z wielką fetą strudzonych podróżnych, wymieniając życzliwości z Huncwotem, któremu jarosza strawa nie w smak. Smok rozumie, że Pan nie zabije poddanych, których po wiekach snu odzyskał. Przyglądam się temu z zainteresowaniem, krople nektaru na kielichach z kwiatów lilii błyszczą złociście. Delikatna melodia harfy i ptasi trel wznosi się ponad korony drzew Lasu Szeptów.
Jestem po uszy zadurzona w historii, więc dlaczego jej nie piszę? Nie kurzy się na nią, jest tylko plikiem, jednym z wielu. Historia doczekała się własnego folderu, nie mogę przecież szukać osobnych wątków po całym, trzydziesto gigabajtowym dysku. Wszystko zamarło w bezruchu, nawet Starzec, który ściga kota i pseudo-smoka. Jeszcze nie wiem dlaczego, nie wiem, kto zginie pierwszy, kto dotrze do celu, i czym cel się okaże. Historia pisała się sama, ale nie wie już o czym ma opowiadać. Zagubiła się w sobie.
Siedzę przy otwartym oknie, wiatr bawi się firanką. Zielony motyl-zaczepka zdaje się chcieć ulecieć w stronę szarego nieba. Radio gra, nic szczególnego. Rudy śpi gdzieś w mojej głowie, Lir gra na lirze, Merita rozmawia z Mirfak, Epsilon delektuje się herbatą, Dzik handluje jedwabiem… Starzec zniknął ze sceny, ukrył się gdzieś głęboko w cieniu. Odgłosy prawdziwego życia docierają do mnie, choć oddalone są ode mnie o dwadzieścia cztery metry wysokości. Patrzę z góry, cały świat mam w oku…
A wszystko zaczęło się w samo południe, dziewięć minut po dwunastej. Pewnego, pewnie słonecznego, jesiennego dnia. Dokładnie rok temu i osiem miesięcy. Zaledwie rok i osiem miesięcy, jedyne 250 stron i wiele tych niepoliczonych, które ukryły się w zeszytach, w osobnych plikach. 16 rozdziałów. A historia, mimo wielu przestojów i urlopów, toczy się nadal, nieprzerwanie. Do Fantasmagorii mamy przecież tak daleko…
____
I niedawno, powróciłam do ich historii, bo ona jednak chce zostać napisaną… Kto wie, co przyniesie czas? Od chwili, gdy zaczęłam ją pisać minęły już trzy lata, i dokładnie pięć miesięcy… A kiedy nastąpi szczęśliwy koniec? Kto wie, wszak do Fantasmagorii wciąż mamy tak daleko…
Słowa często są ulotne niczym płatki śniegu. Mija chwila i już odchodzą w zapomnienie. Oczywiście tylko te dobre. Złe potrafią dźwięczeć przez długi, długi czas, męcząc i trując człowieka. Dziś jednak będzie o tych miłych słowach, które warto zapamiętać. Powrócić do nich, pośmiać się i otrzeć łezkę rozrzewnienia.
Jako, zapalony erpegowiec przywykłam już łapać w garści i skrzętnie zapisywać cytaty, słowa, do których chętnie wracam. Myślę, że taki „Festiwal kwiatów spadających wiśni” będzie do mnie wracał nieprzerwanie. Stare, a sławetne moje zdanie wypowiedziane na jednej z pierwszych sesji.
Hasłem dni około sylwestrowych będzie To Zielone. Oraz Będę zdziwiony jak przyjdę tutaj jeszcze raz i zobaczę nazwę To Zielone. Jest to nazwa owocowego napoju*, którego mieliśmy okazję spróbować we Flisaku [co za cudowne miejsce]. Nikt nie wiedział, jak ów napój się zwie, więc spontanicznie zwaliśmy to Tym Zielonym. Flisak, sprzyjał takim ciekawym i nowatorskim tworom. Kiedy rozluźniona, we wspaniałej atmosferze i doborowym towarzystwie rzuciłam: Gdyby nie to, że jesteśmy trzeźwi, to pomyślałabym, że jesteśmy pijani, spowodowałam salwy śmiechu, od których większość rozbolał brzuch [sama nie wiem, czemu… byliśmy trzeźwi!]
Niestety, ten głupi ciąg myślowy powstały w tym samym miejscu, a który miał być tak głupi, że go zapamiętamy na zawsze okazał się na tyle mądry, że uleciał z pamięci. Jeśli ktoś sobie przypomni, proszę pisać tu, lub na gg, chętnie uzupełnię braki w pamięci.
Dzień wcześniej, także zupełnie na trzeźwo [no, prawie] tworzyliśmy radosne kwiatki słowne. Nie wszystkie niestety zapisałam, ale większość wiązała się z legendową sesją [mało mi, mało mi, więcej sesji by się zdało].
I tak o to, nie wiem, kto komu tłumaczył, na czym polega broń polna. Ale padły bardzo mądre słowa: Broń polna? To taka broń i wkładasz koniki polne. Któż popełnił te słowa? Bo wyjątkowo nie ja. Jak widać nie tylko ja jestem zdolną bestią.
Moim osobistym faworytem jest jednak zdanie wypowiedziane przez znajomego, ten jego pełen irytacji ton przy wypowiadaniu zdania: Ten koń naprawdę nic do mnie nie czuje? Sama nie wiem, jakie były oczekiwania owego mężczyzny. Ten koń miał czuć miłość, nienawiść? Kto to wie?
Od części kwiatków, które padały gęsto i radośnie muzyka odwróciła moją uwagę, ale kiedy z delikatnej i nastrojowej zmieniła się w taką groźną i gwałtowną, padło zdanie, które w jasny sposób określają, o czym myślą kobiety i mężczyźni w tym samym czasie:
Kobietka [E.]: Niepokojąca muzyka.
Mężczyzna [M.] To dobrze, bo będzie obiad.
Obiad był faktycznie, z resztą bardzo pyszny, nie powiem, a po obiedzie ciąg dalszy. Dzięki czemu całe towarzystwo dowiedziało się, że Osa jest rodzaju męskiego, a Sokół żeńskiego. A oni zachowywali się jakby młócili mięso. Nie wnikam. Nie wiem, kto młóci mięso i chyba tego nie chcę wiedzieć.
Cała sesja była miła, mimo wielkiej jej wady: była za krótka. A zakończyła się opisem przyszłych zachowań pewnej samurajko: Jutro spotkanie z Maho o 18. Nie, to nie idę.
Czy to wszystko? Nie wiem, jak pisałam, słowa szybko ulatują za pamięci, topnieją i znikają.
W przyszłości, być może, pokażę co jeszcze można zrobić ze słowami na sesji. Ale to później, by nie być monotematyczną. Umieścić je jednak będę musiała. By samej do nich powrócić i się szczerze pośmiać. Sylwester minął, czas wolno wracać do pracy.
Ja jeszcze tylko pozwolę sobie złożyć wszystkim Wam życzenia Szczęśliwego Nowego Roku. Oby ten nowy roczek nam się udał.
*Bardzo dobrego, był tam lód, kiwi, brzoskiwnie, ananasy… I sama nie wiem, co jeszcze.
Mówią, że miłość umiera. Że to uczucie, jeśli niepielęgnowane wypala się. A ja, mimo niewielkich starań wciąż jestem zakochana. W ciąż słyszę tę samą melodię, która powoduje, że śmieję się niczym mysz do sera, nieprzerwanie mam ochotę siedzieć wpatrywać się i słuchać. A przecież nic nie robię. Tylko jakoś tak ludzie przeszkadzają swoją obecnością. Aż chciałoby się uciec i cieszyć oczy widokiem samemu lub tylko z przyjaciółmi. Bo nie ma nic piękniejszego niż widok morskiej tafli zimą. Nie wiem kiedy, ale to nasz polskie morze zaczarował mnie swoim widokiem na tyle mocno, że zimą na kilka dni tylko chcę wyjechać i przez chwilę tylko pospacerować na plaży.
Widzieliście kiedyś mroźne, zimowe morze? Naprawdę nie ma nic piękniejszego. Jest zupełnie inne niż to letnie. Tafla wody mieni się granatem i jest niczym powierzchnia lustra, gładkie aż po horyzont, w której odbijają się ciężkie, powolne chmury. A jeśli ma się szczęście i na ośnieżonej plaży pozostają tylko ślady mew… Po prostu cudo. Nic więc dziwnego, że witałam Nowy Rok nad morzem.
Sylwestrowy spacer z przyjaciółmi nad morzem, to jest coś, co mogę polecić. Cieplutka atmosfera na tle zimy. Mniam.
Jak spędziłam Sylwestra? To opowieść na jutro.
Jutro opowiem, co widziałam, słyszałam i powiedziałam. Dziś jeszcze zachowam delikatny szum morza. Pozostało tylko czekać kolejny rok. Wciąż jestem zakochana w widoku zimowego morza.
Będę tęsknić.
Już pierwsza gwiazdka ciemność rozjaśnia… Już biją dzwony w kościele świata.
Już? Nie, bynajmniej. Zbyt wcześnie. Zbyt jasno. Zbyt porannie. Jeszcze nawet nie ma popołudnia. Dopiero, co człowiek się obudził. Wigilia jednak już jest, ale Wieczerza dopiero będzie. W kuchni krzątanina, odgłosy dochodzą do mnie jak przez grubą ścianę. Nie przysłuchuję się, nie chcę i nie muszę. Jestem. Z głośników płyną tony muzyki rockowo-świątecznej-kolędowej. Trans-Siberian Orchestra. Lubię.
To jak transsyberyjską koleją pędzić przez zaśnieżony świat. Gdzieś życie przemyka, za oknem pociągu. Gdzieś tam ktoś kogoś opuszcza, ktoś do kogoś przychodzi. A tu tylko pociąg, zamarznięte szyby, i śnieg tańczący wśród pól. Nigdy nie pojechałam do Władywostoku. I nie widziałam Syberii. Pewnie nie zobaczę.
Dźwięki znanego mi Dziadka do Orzechów, a jednak zupełnie inne. Odmienne. Lubię. Spokojne i ciche. Nienarzucające się nikomu. Subtelne. Jak padający śnieg… A teraz? Czarodzieje w zimie… “Wizards in Winter” Nuty szybkie i zwinne, może to zjazd z wysokiej góry? Albo zapowiedź nieszczęścia? Może pościg? Bieg przez zamarznięte pola, bogowie wiedzą dokąd i dlaczego…
Śnieg jest, ale jakby go wcale nie było. Mróz trzyma wszystkich w garści, ale nie maluje. Taki to jest, ten świąteczny dzień… Nic nadzwyczajnego. Przynajmniej z samego rana. Może potem, może później? Kto wie?
Wszystkim, którzy to czytają:
Spokojnych, radosnych Świąt.
Ale spokoju i radości nie tylko na Święta i od Święta, lecz na co dzień.
Niech spełniają się marzenia.
Niech się Wam dobrze dzieje, na wieki wieków…
Jest listopad, może i liście powinny jeszcze spadać z drzew, ale nie tym razem. Za oknem jest cudownie biało. Spadł śnieg! Zima, może nie kalendarzowa, stuka do drzwi.
Jak ja lubię takie chwile. Cudowna wolna niedziela. Po pierwsze się wyspałam, nie dzwonił żaden budzik i żadna siła nie była w stanie ściągnąć mnie z łóżka. No, po namyślę muszę dodać, że był jeden wyjątek: pyszny zapach kawy. Chyba miałam wielkie plany związane z rzuceniem tego okropnego napoju. To moje uzależnienie, już drugie obok czekolady. Trudno jest obie te ‘używki’ rzucić, jeśli się znalazło kolejne ‘moje ulubione miejsce’ gdzie można poczytać w spokoju gazetę, posłuchać muzyki, ucieszyć oko oraz podniebienie pysznymi delicjami. Aż mi ślinka cieknie na samo wspomnienie. I wszystkie marzenia o pięknej linii odchodzą w zapomnienie. Oczywiście żartuję sobie. Taka mała ironia.
Wracam jednak do tematu: na dworze jasno, mimo że jest już późno, a u mnie w domku przyjemnie i przytulnie. Niech zazdroszczą ci, którzy zimą nie mogą posłuchać buzującego w piecu ognia ani przytulić się do mruczącego kota. Mój właśnie leży na krześle i śpi. Biedny, co ktoś przejdzie to go pogłaszcze, snu nie ma za dużo. Pocieszam się, że jemu to nie przeszkadza. Bo gdyby było inaczej nie wątpię, że poczulibyśmy jego niezadowolenie dość dotkliwie.
Oj, lenię się nieprzyzwoicie. Sama sobie się dziwię. To na pewno ta niedziela tak na mnie wpłynęła. Zamiast się uczyć, pisać pracę, albo uprasować, ja siedzę na necie. Skradzione chwile, ja nikomu nie powiem, jeśli Wy też to tajemnica się utrzyma. Coś czuję jednak, że moje wyrzuty sumienia zaczynają mnie ruszać, chyba sobie pójdę.
A jeśli… jeśli nie pokona mnie lenistwo to może napiszę coś o małych powrotach i wyjazdach? Ale z drugiej strony ciągle przegrywam w potyczkach ze słowem i lenistwem. O czym to ja nie miałam napisać: o misiach, o powrotach, drodze w mgle, graniu w Szafie, a także o tym, czego mi w brak, kiedy tak siedzę i piszę. Kiedy popijając kawę cieszę się śniegiem.
“Iudeix Dagoma, syn Sary i Tymoteusza. Urodzony w X w. n.e. w Kwedlinburgu niedaleko Aleksandrii. Pochodził z rodziny żydowskich imigrantów, którzy uciekli z Galii około IV wieku n.e. przed prześladowaniami cesarza rzymskiego.
Iudeix Dagoma został rabinem w Kwedlinburgu. Był także światowej [jak na ówczesny świat] sławy prawnikiem, sporządził wiele traktatów międzynarodowych a być może i pisał bulle papieskie. On również napisał dokument, znany obecnie pod jego nazwiskiem, w którym Mieszko I, książę państwa polskiego, oddaje księstwo pod opiekę św. Piotra. Iudeix nie zażądał od księcia zapłaty za swoją pracę, jednakże pragnął przywilejów dla ludności żydowskiej w kraju Mieszka (możliwości handlu, lichwiarstwa, etc. etc.) Stary książę wydał odpowiednie dokumenty i upoważnienia, w których nakazywał szacunek dla Żydów, co w późniejszych latach zaowocowało tolerancją i wolnością wyznań w Rzeczpospolitej.
O późniejszych dziejach Dagoma Iudeixa nikt nie słyszał. Nie ma źródeł, lecz są pewne niebezpośrednie dowody, że mógł zostać w XI wieku papieżem.”
Autor: Pan Mol (drobna korekta: E.)
Prawie jak Nonsensopedia.
Gdy człowiek historii się uczy, to mu najbliżsi w tym pomagają. Dzię-ku-ję! :*
A tak poza tym, to: Happy Guy Fawkes Day! :))) Niech się Wam darzy, i obyśmy nie musieli wysadzać Parlamentu.
Remember, remember the 5th of November
Gunpowder, treason and plot
I know no reason why gunpowder, treason
Should ever be forgot…
Człowiek na chwilę sobie odpuści, zajmie się czymś zupełnie odległym, a już zaczynają mieć pretensje, jakobym blog zaniedbywała. Cóż, nie samym Internetem człowiek żyję, że wyrażę się tak sentencjonalnie. Jakby to ująć - ostatecznie ma się to życie poza Siecią. Studia, praca… Tak, tak… Droga Aislinn, ja tu pracuję! W Sieci się znaczy. I studiuję, chociaż co do tego drugiego nie jestem już tak pewna. Zresztą nigdy nie byłam.
Nieważne! Spalmy punkt zajebiozy i spuśćmy na to kurtynkę zapomnienia. W kolorowe kwiatki. Jakie to bezsensowne teksty człowiekowi do łba przychodzą, kiedy jest on w stanie nie do końca zdrowym. Nie żebym piła coś wyskokowego. A idźcież mi z tym tałtajstwem. Październikowe przymrozki nie są dobre, są chorobogenne. Ale to nie znaczy, że siedzę w domu cały dzień. Studiuję. Dzisiaj na ten przykład również - studiowałam. Potem spotkałam się z kumeplą.
O tak, spotkania ze znajomymi to ważna rzecz. Tylko trzeba odpowiednich znajomych do tego mieć, że pozwolę sobie zrymować (za przeproszeniem po cz-u). Tak, ona zdecydowanie jest odpowiednią kumpelą. Dawno się nie widziałyśmy, nie… to jeszcze nie czas na spotkania “po latach”, ale… Pewnie niedługo i na takie czas przyjdzie. Jeśli ktoś uważa, że piszę od rzeczy - niech nie czyta, nie mój problem. A Pani Aislinn pewnie mnie zlinczuje, albo coś za takie bzdury na swoim, moim, naszym blogu.
Więcej już chyba nic dzisiaj nie-mądrego nie napiszę, bo zmęczona i gorączkująca jestem. Pozdrowienia!
Ps.: A ten dział z twórczością… To może nie jest taki zły pomysł. Mam parę obrazków…
Następne »